Własne avatary

Małe usprawnienie-uprzyjemnienie estetyczne: jeśli chcecie używać własnego avatara, możecie założyć sobie konto tutaj.

Felix, Net i Nika 14 - fragment #1

2015/06/01

Zapowiedzi, Książki

Zaplecze pralni Pakol Raban w żadnym razie nie dawało się opisać przy użyciu określeń pozytywnych. Było tam ciasno, gorąco, wilgotno, a do tego za jedyne źródło oświetlenia służyła humorzasta świetlówka. W deszczowe dni z nieznanych powodów zaczynała mrugać z częstotliwością tak dobraną, by wkurzać jak najmocniej. Chudy, stały pracownik pralni, nazywał tę świetlówkę psychojarzeniówką. Właściciel pralni, pan Raban, odmawiał wymiany, twierdząc, że póki nie zgaśnie całkiem, to znaczy, że działa poprawnie. Wśród okolicznych mieszkańców pralnia cieszyła się jednak dobrą opinią. Poobijane stalowe drzwi otworzyły się, wypuszczając w noc smugę światła i kłęby pary. Wyasfaltowane podwórko z dwoma śmietnikami i trzema samochodami ożyło ruchomymi cieniami. Zaraz drzwi się zamknęły i w ciemności rozbłysnął płomyk zapalniczki, a po nim pomarańczowy żar papierosa. Spomiędzy dwóch budynków po przeciwnej stronie ciemnego podwórka wyłaniał się odległy wieżowiec Shard. Podświetlał nisko sunące chmury, przez co trochę przypominał Barad-dûr. – Palisz, Nowy? – Chudy wyciągnął wygniecioną paczkę w piegowatej dłoni. – Nie, dzięki. – Net pokręcił głową. – Preferuję inne rodzaje samobójstwa. Skok na bungee bez bungee, wiesz… Chudy smutno pokiwał głową. – I tak wszyscy umrzemy. – Dzięki, że mi o tym przypominasz przed osiemdziesiątką. – Nowy, ja ci tu mówię o tym, jak nas trują. – Chudy zaciągnął się i zakaszlał, wypuszczając przy tym dym jak silnik dwusuwowy. – Co jest w tym papierosie, na przykład. – Substancje smoliste... – Net wyciągnął z kieszeni telefon. – Daj mi chwilę, to ci powiem dokładnie. – Nie o tym mówię, Nowy. To samo masz w konserwach, w napojach gazowanych, w chlebie i w tych… Jak w po polsku nazywacie te sajgonki? – Pierogi. – No właśnie, i w pyerogaah też. Zapadło milczenie. Net zerkał z pewną obawą na kolegę z pracy. Liczba teorii spiskowych wyznawanych przez Chudego była naprawdę imponująca. – Co można robić na przerwie na papierosa, jeśli się nie pali? – zapytał sam siebie Net. Wyjął z kieszeni paczkę gumy do żucia i wyciągnął w stronę Chudego. – Nie, dzięki. – Chłopak pokręcił głową. – Preferuję inne rodzaje pozbywania się plomb. Net wzruszył ramionami i wrzucił do ust trzy gumy. – Wdychasz to z powietrzem – ciągnął Chudy – pijesz z wodą z kranu, żujesz z gumą. To nawet jest na banknotach i drukach urzędowych. – Co? – To! – Chudy wyciągnął przed siebie piegowatą dłoń, na której wyraźnie było widać białe plamy bez pigmentu. – To się nie bierze znikąd. – Pracujemy w pralni, w której warunki pracy urągają wszelkim zasadom BHP – powiedział ostrożnie Net. – Nie wpadłeś na to, że to może dlatego? – To wszystko pierdyknie – stwierdził ponuro Chudy. – A zacznie się tutaj. Net zerknął przez ramię na drzwi. Ale Chudemu raczej nie chodziło o ich pralnię. – Za dużo chemii wszędzie. – Chudy dyskretnie wskazał niebo. – Kontrolują nas nawet teraz. – Chemią? – Chemią. – Chudy znów się zaciągnął. – Satelitami. Słyszałeś o nanorobotach? Takie małe, że ich nie widać. Net nie wiedział, co na to odpowiedzieć. Powietrze nad miastem wypełniał niecichnący nigdy szum. – Piątka zaraz będzie wirowała. – Chudy pstryknął resztkę papierosa w ciemność. – Znam ten dźwięk wyrobionych łożysk. Wrócili do ciasnego wnętrza zastawionego wielkimi pralkami, suszarkami i kilkoma urządzeniami, o których przeznaczeniu Net nie miał żadnego pojęcia. Pralka numer pięć była poobijanym i nadrdzewiałym grzmotem wielkości dwóch normalnych pralek. Przeszklone drzwiczki spokojnie mogłyby służyć za właz do batyskafu. Chudy sięgnął do butelki z wybielaczem i dokręcił niedokręconą nakrętkę. – Dokręcaj to – powiedział. – Potrafi się wylać w najgorszym momencie. – Spoko – odparł Net. Świszcząco-jęczący dźwięk dobiegający z wnętrza narastał, co znaczyło, że wirowanie właśnie się zaczyna. Chudy naparł na pralkę z jednej strony, Net z drugiej, a urządzenie zaczęło im się wyrywać. – Je pierdykam… – westchnął Net. Pralka szarpała się, jakby wewnątrz ganiało się kilka dzików. Psychojarzenówka zaczęła migać. Wirowanie trwało długie dwie minuty, po czym dziki zmęczyły się i zaczęły zwalniać. Wreszcie donośne pipnięcie oznajmiło koniec programu. – Zażądam podwyżki – mruknął Net, patrząc na wciąż drżące dłonie. – Żadnych podwyżek! – rzucił zza rogu pan Raban. – Nie ma pieniędzy. Prąd kosztuje, proszek kosztuje, woda kosztuje. Net skrzywił się. Miał nadzieję, że właściciel go nie usłyszy. – Żadnych podwyżek! – Pan Raban wychylił się i spojrzał groźnie na Neta. Był czterdziestoletnim Pakistańczykiem o czarnych kręconych włosach. Niski wzrost rekompensował wysoką wagą, choć to raczej nie był wynik przemyślanego działania. – Ja tu inwestuję w nowe technologie, nie w leniwych gamoni. – Dobra, dobra. – Net wzruszył ramionami. Nie potrafił z siebie wykrzesać nawet odrobiny sympatii do swojego pracodawcy. – To i tak wszystko pierdyknie – podsumował Chudy. Pan Raban nie zareagował. Był chyba przyzwyczajony do pesymizmu pracownika. Dyszą przypominającą wąż od odkurzacza, tyle że opleciony kilkoma dodatkowymi przewodami, przesuwał po wiszącej we wnęce białej jedwabnej sukni. Dysza zaopatrzona w kilka kontrolek i przełączników wydawała z siebie delikatny szum. Urządzenie, do którego prowadził wąż, przypominało skrzyżowanie odkurzacza z robotem R2-D2. Z tego, co dowiedział się Net, był to ultrawasher i służył do prania ultradźwiękami wyjątkowo delikatnych ubrań. Felixa z pewnością by to zainteresowało. Pan Raban wyłączył maszynę i ocenił stan sukni. Pokiwał głową z uznaniem i nałożył na jedwabny strój foliowy pokrowiec. – Zawieziesz to do pani Henderson. – Pan Raban wręczył Netowi kluczyki od Rovera i suknię. – Adres jest na etykiecie. Ale już, już. Net przyjrzał się kluczykom. Kusiło, bardzo kusiło, i może nawet by skusiło, gdyby nie perspektywa jazdy pod prąd przez zatłoczone miasto. W Wielkiej Brytanii obowiązywał ruch lewostronny, a co gorsza poruszanie się po Londynie często przypominało walkę o życie. – Nie mam prawa jazdy – powiedział, niechętnie oddając kluczyki. Pan Raban złapał się za głowę. – Po co mi pracownik bez prawa jazdy?! – wykrzyknął, wymachując rękoma. – To jest pralnia, nie firma kurierska. – Net wzruszył ramionami. – W ogłoszeniu o pracę napisał pan, że wymagania to „pracowitość i elastyczność”. – Co to za pracowity i elastyczny człowiek, który nie potrafi jeździć samochodem? Stopień zdenerwowania pana Rabana można było poznać po tym, jak wysoko unosił ręce podczas gestykulacji. Teraz unosił je ledwie do wysokości brody, czyli nie było tak źle. – Ty jedź. – Wcisnął kluczyki Chudemu, po czym przewrócił kilka kartek w wymiętoszonym zeszycie leżącym pod blatem recepcji i spojrzał na Neta. – Na szóstą jest odbiór trzech zamówień. Przygotuj do wydania. I wrócił na zaplecze. – Trudno jest tu zrobić prawo jazdy? – Net zerknął na kolegę z lekką zazdrością. – Nie wiem, nigdy nie próbowałem. – Chudy wysunął się pod ladą i wyszedł przez przeszklone, zaparowane drzwi frontowe.



Blog